Ręka w nocniku kontra głowa w mur

No nie wyrabiam…..
siedzę, czytam „poważny” artykuł i…. szlak mnie trafia. No nie kumam kompletnie i żabą nie jestem, jak nad 26 letnią kobieta wisi tykający zegar biologiczny???? Dlaczego takie parcie??? Dlaczego ktokolwiek szuka stałego i idealnego partnera na portalach randkowych skoro to zaprzeczenie samo w sobie??? Dlaczego kobiety i mężczyźni obrzucają się błotem wypominając jacy są pokrzywdzeni przez tych drugich, skoro często jest tak, ze sami nie reprezentują sobą naprawdę niczego konkretnego??? Czemu kuźwa teraz się tylko żąda od kogoś a nie najpierw od siebie? Czemu są same księżniczki i księżuniowie a NORMALNI ludzie są negowani??? Ile jeszcze ludzi da sobie zrobić wody z mózgu zamiast od początku używać swojego i szukać tylko tych dobrych przykładów??
Mam dwójkę synów, którzy uczę tego co moi rodzice wpoili mi by mnie nie zepsuć. Mi nie było łatwo z tym funkcjonować, choć nigdy nie miałam im tego za złe, za te wartości i to jaki sposób zachowania i szacunku mi przekazali. Ja staram się uczyć swoje dzieci podobnie, i nie dlatego, by dokopać, ale by byli wartościowymi ludźmi. Przeraża mnie tylko to co juz teraz widzę… te wszystkie księżniczki „hodowane” przez swoje wypindrzone mamusie, tych kolegów którzy czasem zachowują się dla meni jak nie z tej planety….
Przecież jak tak dalej pójdzie nie trzeba będzie mieć aplikacji by zobaczyć i dotknąć pokemona…, by księżniczka zażądała kryształowego pantofelka „bo tak”, czy chłopak jak ostatni mizdrzyk w podskokach i wymachując torebeczką wysadzaną kamieniami naśmiewał się z koleżanki, że ma brzydszą/ gorszą….A pomysł, że na portalu randkowym znajdzie księżniczka swojego księcia bez wysiłku, który sam zapuka jak tylko da adres…. no wręcz genialny. Może odrobina zmiany podejścia do siebie i otoczenia na bardziej trzeźwa wielu by pomogło. I nie to, że generalizują czy kogokolwiek potępiam – NIE. tylko niech później nie będzie takiego ryku i wysuwanych teorii spiskowych, bo mdło się robi.

Szukam pracy

Kiedyś przychodzi taka chwila, kiedy poziom ludzkiej głupoty i własnego upokarzania przechodzi tą krytyczną granicę, po której już istnieje tylko słowo „dość”.
Człowiek może wiele znieść, to akurat wiem. Jednak w pewnym momencie będąc rzeczami negatywnymi odbija się to na nas samych, organizmie, najbliższych i otoczeniu… Warto? Za jasną cholerę nie!!! Trzyma, tak trzymają: kredyty, zobowiązania, brak możliwości innej pracy. Tylko w pewnym momencie tez pojawia się pytanie, czy warto? Tu odpowiedź jest niejednoznaczna, bo co innego jak sam siebie tylko masz i utrzymujesz, a co innego ty rodzina a w tym chorujące na potęgę dzieci. No właśnie, ten tak „drobny” szkopuł….
Ale dziś już właśnie doszło do mnie, ze DOŚĆ, a szczególnie przez jeden „drobny” szczegół. Kiedyś usłyszałam, że można pracować w firmie, gdzie prezes nie ma zaufania do księgowego. Jednak gdy dzieje się odwrotnie – to czas na zmiany i to natychmiastowe….
Tylko jak składać CV po dekadzie uwsteczniania się? Tak, uwsteczniania, bo robienie tego samego, bez żadnych dodatkowych szkoleń, bez nauki, bez poznawania innych, nowych możliwości to uwstecznianie.
A wymagania własne? Ogromne…. – Wyrozumiały szef, inwestujący w pracownika, doceniający jego zaangażowanie, jednak nie stojący w przekonaniu, ze pracownik jest nieomylny i nie wolno mu się mylić. A przede wszystkim SZANUJĄCY go i jego pracę. Uczę się w miarę szybko i chętnie, doceniam prace ciekawe i wymagające kreatywności, nie koniecznie wymagające stada ludzi, jednak rozwijające. Konik? – florystyka, samochody, podróże, organizowanie np. szkoleń czy bankietów lub tym podobnych…

Może to życzenia… może marzenia?
Choć wiem, ze marzenia się spełniają…
A od dziś intensywnie zaczynam im ku temu spełnieniu pomagać….

Podsumowań czas zacząć…?

Może i tak? W końcu dobrnęliśmy prawie do świat, a tam już tylko dwa rzuty beretem do kolejnego kalendarza na ścianie.
Ostatnio czuję się jak rozpędzona lokomotywa, której pourywały się wajchy, by nią sterować. W robocie młyn. W domu sajgon. W małżeństwie sprzeczności i nierówności. Wszystko okraszone ogromną ilością nerwów, latającego mięcha i tylko z rzadka spokoju i opamiętania.
Jak na niezakończony rok przeszliśmy wszyscy wspólnie cztery operacje (tylko statystycznie wyszło po jedno na głowę), kilka więcej leżeń w szpitalu, i to tez statystyka nie rozkłada się równo. Moje dzieciaki po tym roku zaczęły mieć schizy na samo zdanie : jedziemy do lekarza…. My jako rodzice poznaliśmy kolejne specjalności, jak chirurg, urolog dziecięcy, a w ostatni weekend hematolog. Mimo, ze przemalowałam się w tym roku na blond (czego całe wcześniejsze życie byłam gorliwym przeciwnikiem) siwizna mi nie grozi… włosy niedługo same wyjdą z nadmiaru stresu… Ale jeśli idzie jeszcze o medycynę, to za sukces mogę zaliczyć że moje starsze dziecko oswoiło się z zębologiem na tyle, że na ostatniej wizycie najpierw jej powiedział co ma mu zrobić, a potem otworzył buzię….Wchodząc w zażyłości z pediatrą obiecał mu nową latareczkę, koniecznie koloru zielonego, bo ta akurat jest brzydka no i się psuje. Przyznaję sama w duchu, choć nie tylko, że należałoby mu się więcej niż latareczka za tyle cierpliwości i wyrozumiałości i poświęconego czasu Szogunom. I to nie jest kwestia, „bo mu płacą”, nie, nie… Po prostu jest dobrym człowiekiem i LEKARZEM. Choć większość z poznanych w tym roku na szczęście również było PRAWDZIWYMI LEKARZAMI i to uważam, za ogromne szczęście i pozytyw w całym negatywie przebytych wizyt ;).
A reszta? Ostatnio w pokoju zawiesiłam zasłonki. Dziwne? nie, przynajmniej dla mnie, bo metamorfoza pokoju, przynajmniej jednego była procesem kilkumiesięcznym. I choć brakuje mi jeszcze żyrandola jakiego sobie wymarzyłam, to i tak wiem, że go w końcu będę miała, a całość będzie powalająca :).
Czy coś się jeszcze zmieniło? hm…. nadal mam ten sam debet, który sięga dna. Nie zmieniłam pracy, która niestety okazuje się z miesiąca na miesiąc coraz gorsza, bardziej nerwowa i tym samym odbijająca się gorzej na czasie tym w domu, dla rodziny. Ale za to miałam czas na posadzenie roślinek balkonowych…. i nie ważne, że w ramach dzielenia czasu między dom i szpital uschły… ważne, że się w ogóle pojawiły. Odwiedziłam znajomych, bo się zaparłam i bardzo chciałam i nie pozwoliłam by coś mi w tym przeszkodziło…
… i widać, ze można jak się bardzo chce. Więc skoro tyle zarobiłam po głowie w tym roku, to niech to będzie kop do działania na polepszenie w następnym…. Bo wolę mieć włosy na głowie, nawet blond niż nie wyrabiać. I wolę mieć normalną rodzinę, a nie strzępki nerwów rzucane między poszczególne osoby. Toż przecież w końcu musi się udać!!!
I tego sobie życzę na święta, by się udało. A do tego duuuuuuuuużo spokoju i daleko od lekarzy :)
Pozdrawiam :)

Co byś zrobił, gdybyś się nie bał?

O właśnie….
Od dobrych kilku tygodni chodzi mi po głowie to zdanie. Przeczytałam przypadkiem w necie i nie wyszło drugim uchem i trzecim okiem, ale zostało w głowie i męczy i dręczy mnie.
Pierwsze co przyszło mi na myśl, to to, by zostawić tą robotę, która ma tyle z logiką i kreatywnością a do tego z własnym rozwojem, co pięść do nosa – czyli miażdżące NIC. Potem pojawiła się myśl o wyjeździe do tak utęsknionych przeze mnie Kanady/Skandynawii/Szwajcarii tudzież Chin, Butanu, Katmandu – aż mi się na serduchu cieplutko zrobiło. Następnie pojawiła się myśl, o tym jak wspaniale byłoby otworzyć własną dobrze prosperującą firmę opartą na zieleni, kwiatach, aranżacjach….
I co? Po tygodniach psychicznego męczenia przez myśl nieustającą jestem nadal w tej samej pracy, kraju… tylko w większym rozgardiaszu… I to nie dlatego że ktoś mi coś… Sama sobie zrobiłam „dobrze”. W przypływie chwili nabyłam drogą kupna nowa kanapę, i to nie wiem, czemu jedną z tych najdroższych w sklepie. W ramach genialności umysłu stwierdziłam, że skoro zaczynam dwa tygodnie urlopu ( który nota bene miałam spędzić w ciszy i spokoju, korzystając z czasu i przestrzeni kiedy moje najmniejsze Dzieck zapoznaje się z codziennością żłobkowego życia, na urealnieniu swoich wizji z różnych dziedzin powiedzmy artystycznych….) wykażę się artystycznie i pomaluję pokoje, gdzie ma być przemeblowanie. Nie ma to jak wynajdowanie sobie zajęcia… Ok, teraz mam piękny błękitny pokój gdzie moja mniejsza Latorośl dostała swoje duże łóżko (to zmiana z łóżeczka), i drugi pokój, gdzie mam pomalowane dwie ściany, jedną w połowie i jedną wcale. A co – awangarda…. A przez te dwa tygodnie narzucałam taką ilość zaklęć słownych, że czarownicy, wiedźmy, magowie i inni tym podobni z kreskówek, Hobbitów i innych zaświatów i światów do pięt mi nie dorastają. No i uszy by im uschły szybciej niż schnie bułka na parapecie. Ale nie sufit. Tak, sufit sechł całe cztery dni, a i tak został pomalowany jeszcze wilgotny, bo ile można w końcu czekać!!!. Farbę kupiliśmy jako taki wspaniały cud techniki, że skończyła się nawet w hurtowni. Taśmy malarskie wymyślono po to by może niejednemu udowodnić niepoczytalność (w ramach wojny najpierw o ich przyklejenie, a potem odklejenie), a do tego barwniki do farb ni jak się mają z wyobrażeniami o ich możliwościach oddawania kolorów rzeczywistości.
Wieczorem, po upływie urlopu nawet tego dobranego, pokonana przez wszystko po kolei, totalnie zrezygnowana leżąc w łóżku, doszłam do wniosku, że przecież to we mnie jest problem. Bo po groma się wściekać, jak nie wychodzi? po groma się zarzynać, jakby dnia miało nie być następnego? Bajzel był dwa tygodnie to i tydzień więcej żadna większa różnica. Ale za to 1.374.587,30 komórek nerwowych mniej – a to strata nie do odżałowania za głupotę swoją własną…. bo przecież nikt mi nie kazał z pędzlem i wałkiem po mieszkaniu latać….
Ale jedno co wywołało we mnie uśmiech do własnej formy funkcjonowania i myślenia…. W ramach wyjścia do sklepu po płyn do mycia okien wróciłam z sukienka fioletowy melanż i nowiutkim, w promocji letniej kupionym kombinezonem koloru blady róż. I to kuźwa jest szaleństwo! – bo nie dość, że kombinezon, przed którym się tyle czasu wzbraniałam, bo w głowie obraz dupska wielkości mniejszego słonia, bądź większego hipopotama, a do tego kolor…. Pudrowy róż!!!! – Gdzie ja się zawsze zarzekałam, że nawet majtek mieć różowych nie będę… A do tego nie rozpoznaję bladego od pudrowego.
……I to się chyba faktycznie nazywa „nie bać” ;)

Stolyca

Tak, to miał być pierwszy łikend zarezerwowany tylko na wycieczkę i zwiedzanie. Pierwszy, który nam się udało wygospodarować z tak zwanego „międzyczasu”,gdzie w spokoju (jakby to nie nazwał uganiając się z dwójką prawie adehadowców) mieliśmy pokazać Latoroślom wiele ciekawych rzeczy no i przy okazji skorzystać coś dla siebie. By nie zapeszyć dzieciom powiedzieliśmy, ze wyjeżdżają do Cioci jak już miałam pakować walizkę w piątek po pracy. Łatwo nie poszło, zresztą, nawet nie liczyłam na to – wrzaskom i okrzykom nie było końca. Me mniejsze Dziecię, jak zobaczyło, że pakuję ciuchy w walizkę wyciągnęło wszystkie swoje z szafki i też tamże je przytaskało ( a nie wiem, czy to tylko u mnie, ale im mniejszy członek rodziny tym więcej ma garderoby – taka dziwna zależność). Zostawiając dom jak pobojowisko, po 1,5 godzinie od powrotu z pracy (i tak uważam, że to szybko) byliśmy w drodze.
Przez 270 km, które nasze zadupie dzieli od Stolycy, jęzor bolał mnie od odpowiadania na milion pięćset dziewięćset pytań starszego dziecia,a gardło od krzyków na mniejszego by nie biło brata – i nie ważne, że każdy ma swoje nosidełko. Tłumacząc że burza nie jest niczym gorszym niż te pistolety, którymi bezustannie pykali przez jazdę myślałam, że ich wyrzucę na dach i tam przywiążę srebrną taśmą, bo zagroziłam, że jak jeszcze raz usłyszę pyknięcie pistoletu to wyeksmituję go z samochodu razem z pykającym. Potem jeszcze tylko wojna o miśki do żucia (a do tego przyłączył się już Tatuś) i w ciągu pół minuty odpowiedzenie na siedemset trzydzieści osiem pytań, czy już dojechaliśmy te 15 minut co nam zostało, ujrzeliśmy majaczący na horyzoncie w zamgleniu pałac czasem kultury… czasem nauki…
Sąsiedzi mojej Siostry, która mieszka nota bene w sporym wieżowcu, pewnie myśleli, że sprowadziła stado słoni i koni, które latało im po suficie i robiło hałas godny dobrej imprezy po rozkręceniu. No ale cóż… to tylko dwoje małych dzieci, które za nic nie chciały się położyć, a widok jeżdżących bez ustanku tramwajów i karetek i autobusów i wszystkiego innego przysparzał kolejnej razy biegających do okna Ciekawskich i kolejnych okrzyków zachwytu i radochy…
Sobota – to miał być czas przeznaczony tylko na Centrum Kopernika – to były plany i nasze – najbardziej nasze osobiste oczekiwania. Dlaczego zaczynam od planów? Bo na nich się skończyło. Choć fakt, byliśmy pod Centrum, a moje dzieci pobawiły się na super trawie, zwiedziły jak szaleńcy dach Centrum i nawet Obserwatorium, ale piękny dzień „pierwszego łikendu w międzyczasie” spędziliśmy w szpitalu dziecięcym. Ale spoko – naprawdę polecam. Obok powalającej ciszy i spokoju pełna i profesjonalna obsługa. Zero odburkiwania, pełne zainteresowanie, pełna informacja, sporo nowych wiadomości tylko po 15 min rozmowy. No i okazało się, że ten „międzyczas” co miał być od chorowania wcale się nim nie okazał. Młodszy Szogun z gorączką i zainfekowaną buzią, piszcząc i nie jedząc zmusił nas do wyjazdu w kierunku, z którego przyjechaliśmy. Ok, zwiedziliśmy jeszcze punkt każdorazowego wyjazdu do Stolycy czyli ZOO. Tak, to punkt obowiązkowy mojego starszego Dziecka, bo jak można być w mieście gdzie jest żyrafa i jej nie odwiedzić????? Wracaliśmy na wieczór, bardziej na noc… było więcej ciszy, bo zmęczeni zdobywcy padli pokonani przez zmęczenie. Samochód po wyjeździe wygląda jak „paluszkowóz” z resztkami, do tego gdzieniegdzie walają się zwierzęta gumkowe, które moje pociechy dostały od Cioci.
Nieopisane wrażenia? – tak. Odzwyczaiłam się już chyba od widoku szpitala, bo mniejsza pociecha przebywa w nim od niedzieli (ale to ten już na miejscu), więc psychika mi ciut siadła. Stolyca jak Stolyca… wiecznie w przebudowie. Centrum Kopernika – z pewnością godne polecenia odwiedzenia – to na następny „międzyczas”. I jedno zdanie mojej Siostry,co mnie powaliło…. „aleś ty ich wyszkoliła, aż im współczuje….” (Dlaczego? Bo moje dzieci w piątek wieczorem idąc się myć pościągały tak prędko z siebie ubrania i tak gorliwie wkładały je do nieswojej pralki, bo brudne, aż samą mnie zdziwiło. I nie ważne, że codziennie w domu toczę walkę jak ze smokiem o królewnę prośbą… groźbą…krzykiem… i innymi dostępnymi na dany moment metodami by moi dwaj Wspaniali Mali Mężczyźni łaskawie po sobie posprzątali ubrania inaczej niż rozrzucając gdzie popadnie…. )
… tak, podróże kształcą…. szczególnie rodziców
… (że nauka nie idzie w las ;) )…

No pytam ile….?

Siedzę – i nic.
Czuję totalny bezsens tego siedzenia, ba nawet chodzenia do tak zwanej pracy, by to siedzenie odwalić.
W ogóle bycie gryzipiórkiem jest bezsensowne. Przekładasz tony papierów w erze komputerów ku czci „geniusza” który musi się wykazać. A czy ja się wykazuję? – NIE, ja się odmóżdżam!!! W pracy nic nowego – poza wymysłami jak to stare przedstawić w nowej wersji. Opieprzają cię, bo siedzisz, bo nie tak robisz, bo robisz, albo nic nie robisz, bo nie ma co robić….A do tego przyznać się też nei można, bo tez cie opieprzą.
Marudzę?
No rzesz chyba tak…..
A wszyscy dookoła twierdzą, że mam się cieszyć, bo posada i do tego jeszcze płatna.
A dla mnie to bezsens, ta cała robota, jej idiotyzm,założenia, niby-wykonywanie…
Więc dlaczego nadal tu tkwię?????
Dlaczego daję się odmóżdżać??????
Dlaczego marudzę, zamiast wziąć dupę w troki i stąd jak najdalej spieprzyć????
Mąż? Dzieci? Rachunki? Kredyty? Mieszkanie? Przedszkole?…..
Jak dużo można znaleźć sobie wymówek, by wpaść w końcu na pomysł bycia zrealizowanym i szczęśliwym?
No ile?

Najważniejszy pierwszy raz…

Jak się nie cieszyć z czegoś co nie wychodzi….
W każdej sytuacji znajduje się coś co jest pozytywne. W ten weekend przekonałam się bardzo dokładnie o tym i jestem baaaardzo zadowolona.
Byliśmy na imprezie okolicznościowej typu „wesele chrześniaka”. Czas przed kościołem – spędzony na intensywnym pilnowaniu Latorośli. Czas w kościele na mszy, podczas tak doniosłych chwil, wypełniony ganianiem mrówek po pniu ściętego drzewa, intensywnym jeżdżeniu na brzuchu w bialutkich spodenkach i ślicznej błękitnej koszulce – jeden, a łażeniu po płocie – drugi – myśmy się skupiali, jak i co zrobić by nasze dwa małe szoguny nie zostały gwiazdami uroczystości. Po szybkim pozbyciu się dzieciów, a co za tym idzie wstydu (bo starsze postanowiło wszystkim głośno i donośnie oznajmić swoje niezadowolenie z „głupiej i brzydkiej imprezy”), nastąpiła chwila spokoju wśród tłumu nieznanych mi ludzi (na 200 osób znałam 7 – to i tak sporo ;)). Potem nastąpiła kolejna katastrofa, bo zespół z wojewódzkiego miasta był tak denny, że masakra. Więcej było przerw niż części do tupania. Muzyka była tak „innowacyjna”, że trzeba było się sporo pozastanawiać by odkryć prawdziwego – pierwotnego twórcę. No i niestety, bo nie jestem w żaden sposób fanem, 98% utworów wykonywanych było z gatunku „disko polo relaks”… Ale wychodząc z założenia, że muzyka nie powinna przeszkadzać w zabawie brnęliśmy dalej w tą nawet cieplutką noc….aż doszliśmy do wniosku, że liczba „zaciągnięć” orkiestry (bo teraz alkohol jest już passe) przewyższyła naszą maksymalną możliwość tolerancji…i wszystkie założenia, że skoro sami, bez dzieciów to padniemy z tanecznego wyczerpania – legły w gruzach. W końcu byliśmy nawet w stanie tej nocy się wyspać…
Ale, nie ma tego złego…..
Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy gapiłam się w sobotnie rozgwieżdżone niebo….
Pierwszy raz zrobiłam to siedząc przytulona do swojego kochanego Mężczyzny….
Pierwszy raz zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie – tylko ja i On….
Poznałam nowych członków rodziny – bliskiej – mego Małżonka…
Pierwszy raz w tym samym czasie ogarnęła nas chęć puszczenia pawia z przeżarstwa, bo przecież coś trzeba było wynieść pozytywnego z tego weselicha, a jedzenia było nawet w miarę…no i trzeba było wypełnić jakoś czas, gdy orkiestra nie dzieliła się kolejnymi sztychami….
Tyle dobrego w tym co miało być ogólnie inne… Jak to życie zaskakuje. A z drugiej strony, przecież nie doceniłabym tych chwil, które były wyjątkowe, gdyby poszło jak zakładałam na początku…
I jak to twierdził Skiper do Kowalskiego i reszty – zawsze trzeba spodziewać się niespodziewanego :)

Postęp cywilizacyjny? – NIE – uwstecznianie na siłę

No i rzesz w mordę jeża,nietoperza…
Siedzę sobie pilnując skwierkającej topiącej się słoninki i przeglądam strony z wyprzedażami (bo niestety po kilku wizytach w sklepach wróciłam z bolącym zgryzem i równie sporym naruszonym nerwem). Nie to, że jestem fanem, ale potrzebuję jak każda Kobieta czasem coś nowego do ubrania ( tu i teraz to kiecki), szczególnie, ze muszę „coś” założyć na zbliżającą się okoliczność weselną. Będę tam występować w roli żony Chrzestnego – niestety…Ale to już inny zgryz.
Najbardziej irytuje i wkurwia mnie to, że przeglądając już „entą” stronę widzę kolejne lalunie, które są tak płaskie, że deska z sękiem ma więcej wypuczeń niż one, które są nienaturalnie przerobione, bo czasem aż bije po oczach, że majstrowane, które pokazane z brzuchem, są tak chude, że jedyna opcja to to, że zjadły piłkę od kosza…..i wkurwia mnie to.
Kto to zamieszcza???? Kto zarządza tymi sklepami/ portalami/ stronami????? Czy ci ludzie nie widzieli Kobiet???? Czy naprawdę po ich ulicach chodzą tylko takie co mają 180 wzrostu i 50/30/50???? No rzesz, gdzie tu opamiętanie i jako taki realizm???? Bo już nie chodzi o to, że one wyglądają jak wyglądają, bo to kwestia gustu, a o tym się nie dyskutuje, ale jak kuźwa mam zobaczyć jak leży sukienka na kobiecie, która ma depresję zamiast biustu???? Czy naprawdę tak ciężko jest tym wszystkim, a z pewnością sporej części sklepów/producentów/ sprzedawców/ znaleźć Kobiety, które będę „przedstawicielkami” Kobiet widywanych na ulicach??? Czy to po prostu jest problem, że trzeba umieć uszyć i stworzyć kreację na Kobiety z kształtami, a do tego trzeba umiejętności i talentu. Na dechę naciągniesz wszystko i jakoś będzie leżało, a już tym bardziej, jak popoprawiają wszystko w programach. A potem Człowiek siedzi, przygląda się i albo ma doła, że nie wygląda jak grafik namalował, albo ma nerwa. Bo do tego ogródka jeszcze chcę dorzucić kamyczek jeden – dlaczego to co się nazywa „sukienkami” czy innymi ubraniami w większości wygląda jak szmata i to paskudna. Mi się nie podoba, a ja tu piszę, inni mogą mieć inne zdanie. A jak już się podoba, to albo kosztuje w ch…..j, albo wisi na desce z twarzą barbie i włosami jak po trwałej w latach 60-ych ubiegłego stulecia.
A ja myślałam, że ten świat idzie z postępem i rozwojem….Że skoro wynaleziono tyle możliwości pokazania i ekspozycji piękna, Kobiety, jej zalet to przynajmniej w pewnym stopniu będzie się z tego korzystało i rozwijało. Ależ ja nadal głupia i naiwna! Stara i nic nie przyswajam….
– No kuźwa, bo nie chcę!!! i nie mam ochoty!!! I nadal się będę wnerwiać, póki sama nie nauczę się szyć, a to może szybko nie nastąpić, niestety :(
…Ale przynajmniej uzewnętrzniłam swoje niezadowolenie…. A co, przecież nie będę czekać aż padnę na zawał przez nerwy, bo jakiś palant nie widział Kobiety….

Kiedy Kobieta ścina włosy wkrótce zmieni swoje życie….

- to słowa Coco Chanel. Bardzo szanuję Kobietę, i cenię sobie jej działalność, myśli, filozofię….
Fakt, u mnie na głowie nie ma co za wiele ścinać, bo mój Mąż nie wiem, czy z własnego domu by mnie nie wyrzucił za „zapałkę”. Ale szokująca zmiana koloru zaczęła chodzić mi po głowie. A skoro już zaczęła, to znaczy, że to kwestia czasu, umówienia z fryzjerem i wyboru koloru – tego radykalnego.
Ostatnio miałam sporo czasu – tak dla siebie. Z własnej, prawie nie przymuszonej woli zgłosiłam się do szpitala na zabieg, który mimo, że konieczny jakoś mi nie leżał. Ale leżeć miałam tam tylko trzy dni, więc zaryzykowałam – fajnie brzmi, choć prawda jest taka, że mój lekarz wymógł na mnie obietnicę, że 13-go zjawię się do wpisu na oddział. Moja alergia na szpital osiągnęła apogeum, jednak i tak było mniejsze niż kilka dni później, kiedy okazało się, że z powodu „lekkich” komplikacji (na ranie zrobił się krwiak) mój pobyt w przybytku „ministrialnego spa” wydłużył się dwukrotnie i to tylko dlatego, że przyrzekłam lekarzowi nie robić totalnie nic po powrocie do domu, by brzucha nie przemęczać. Ależ oczywiście, że miałam doła, że jedynym pozytywem jaki widziałam, to to, że przeczytałam trzy książki,których lektura zajęłaby mi pewnie ze 4 miesiące – tak normalnie. Ale to ciągle był szpital, ten zapach, miejsce, niemożność ruszenia się, rurka w brzuchu jako dren, walące się rzeczy w domu i brak moich trzech Mężczyzn.
Jedną z książek, którą przeczytałam w ramach szeroko pojętego wypoczynku, było „Blondynka nad Gangesem” Beaty Pawlikowskiej. Nie zamierzam reklamować, choć polecam, ale po książce zaczęłam inaczej patrzeć na wszystko. Chociaż nie – może nie od razu patrzeć, ale myśleć o tym wszystkim, co i jak mam i jestem. Do czego doszłam?
Że nie będę zabiegać o towarzystwo osób, którym nie zależy na mnie, choć mi może na nich zależeć mocno.
Że dokładnie pomyślę i zastanowię się co chciałabym zawodowo robić i będę do tego dążyć bez ociągania się.
Że będę pamiętać o docenianiu tego co mam, bo naprawdę mam bardzo dużo, a debet na koncie, kredyty, niewykupione recepty, dziura po rurce w brzuchu….. to pryszczyki na wszechświecie.
Że jeszcze bardziej będę okazywać i mówić swoim bliskim, jak bardzo są dla mnie ważni i jak bardzo ich kocham.
Że znowu wymarzę sobie wspaniałą podróż, w którą pojadę razem z moimi Mężczyznami.
Że pozytywne patrzenie na otaczający świat to podstawa, z której nie wolno mi nigdy zrezygnować, bo to jest droga do szczęścia. Nie mówię, że nie mam problemów i by ich nie widzieć, ale patrzeć na nie jak na zwykłe zadanie do rozwiązania a nie koniec świata.
Że najlepiej jest być i to dla innych niż mieć.
Tak więc myśl o radykalnym zmianie koloru włosów przyszła mi naturalnie…. Jeszcze tylko nie wiem, w jak nienaturalnym kierunku się zakończy. Choć biorąc pod uwagę, że dziś mój Mąż „na sygnale” powiózł naszą młodszą pociechę do szpitala 100 km dalej, starsza pociecha dziś ma wizytę z powodu utraty słuchu przez zapalenie uszu – skłaniam się do blondu…. na tym zawsze mniej widać siwiznę… Choć bez różnicy jest kolor jak wyjdą ze stresu…
…No i jeszcze musiałabym przewalczyć swój pogląd odwieczny „antyblond”…

Pozdrawiam :)
Pozytywnie mimo wszystko

No i po co jest Mąż?

weekend, dzieciaki szaleją po mieszkaniu,ja- w kuchni znowu wylewam żale
znowu nasłuchałam się jak to trzeba się prowadzić, by być idealną żoną, matką… – mam bardzo daleko w cudzej ocenie.no i w ogóle mój system myślenia i wartości to taki głupi i nie do przyjęcia…
pojawia się w głowie myśl – może ja faktycznie po pierwsze jestem zbyt krytyczna dla innych, a po drugie za mało dla siebie, bo się za mało poświęcam?
Mąż – po wysłuchaniu mojego całego monologu….: od kiedy gadanie przynosi jakieś efekty? to, że ktoś jednym ciągiem gada o czymś że jest taki dobry, to albo tylko gada, albo chce kogoś wkurwić. Przecież zawsze jest ktoś, kto jest od nas lepszy. A ten kto jest faktycznie w czymś dobry, nie gada, jego czyny i prace, które wykonał same się bronią, nie musi ględzić, ze jest dobry w czymś. A najlepiej jak przestaniesz słuchać. Jak będziesz robić swoje to i tak ci co będą wiedzieli- zauważą, ci co nie będą chcieli, i tak powiedzą że jest „be”. A w ogóle idź pomaluj paznokcie, bo zaczynasz się opuszczać w wyglądaniu jak wspaniała Kobieta…
W końcu dostałam kopa – teraz trzeba wziąć się do roboty :)